O tym, jak wygląda praca pielęgniarki w szpitalnym zespole interwencyjnym

Jakiś czas temu zrobiłam sobie selfie, aby pokazać przyjaciółce, jakie mam śmieszne czapeczki w pracy. Są naprawdę dziwaczne, sklejone w krótki paseczek, który rozkleja się w czepek z dwoma hmm… rożkami (?). Tak, wiem, że mój pokrętny opis najpewniej mówi niewiele. W każdym razie po kilku dniach dyżurowania zostałam uświadomiona, że te “rogi” powinny być po bokach głowy, aby nie wyglądać w nim jak w turbanie.

W tamtym momencie nawet nie przypuszczałam, że za pół godziny będę mieć taki armagedon – krwotok, toczenie krwi i osocza hektolitrami. Cała noc na bloku operacyjnym – jednym słowem akcja kilkugodzinnego ratowania życia (udało się).

To pokazuje, jak bardzo nieprzewidywalna jest praca w zespole interwencyjnym. W jednej minucie czytasz sobie książkę, a w drugiej lecisz na blok, do reanimacji albo na szybkie cięcie. “Nieprzewidywalna” – czytać oczywiście z przymrużeniem oka, bo zespół interwencyjny biega do zdarzeń nagłych, krytycznych, najtrudniejszych czyli z założenia mniej lub wcale przewidywalnych. Taka jest specyfika tej pracy. Każda cisza w telefonie jest tu ciszą przed burzą.

U mnie taki zespół składa się z dwóch osób. Jest to anestezjolog i pielęgniarka anestezjologiczna.

Zespół interwencyjny, reanimacyjny, anestezjologiczny, “pion” – czym się zajmuje

Do tego wpisu przymierzałam się bardzo długo, ponieważ jeśli ktoś tu zagląda, nie uszło jego uwadze, że o pielęgniarstwie piszę zazwyczaj z przymrużeniem oka. Tak lubię. Wokół mojego zawodu gromadzi się w sieci internetowej wystarczająco dużo negatywnych emocji i nie chcę tego potęgować, poruszając drażliwe kwestie. Podobnie jak w życiu, tutaj staram się być optymistką. O merytorycznych tematach wolę czytać niż pisać, ponieważ wiem, że są ludzie, którzy robią to świetnie i jestem ich ogromną fanką, a mój blog to po prostu blog lifestylowy z jakąś komponentą pielęgniarstwa, raz większą, innym razem mniejszą. Nie jest skierowany do jednej, konkretnej grupy. To jest moja własna nisza w pielęgniarstwie, którą uwielbiam, mimo że najpewniej nie wnosi niczego szczególnego. To tyle słowem wydłużonego wstępu.

Dziś będzie inaczej. W końcu obiecałam na Instagramie, że opiszę, jak wygląda praca pielęgniarki anestezjologicznej w zespole interwencyjnym. Obiecałam, więc słowa trzeba dotrzymać. W mojej ankiecie na instastory prawie wszyscy zagłosowali na TAK i to był dla mnie znak, że jest sens o tym pisać. Nie wiedziałam, od której strony się za to zabrać, aż w końcu wstęp napisało samo życie. No i stało się – nadeszła historyczna chwila, w której coraz bardziej zbliżam się do konkretów;

Zauważyłam, że niewiele osób zdaje sobie sprawę z istnienia takiej specjalizacji w pielęgniarstwie, poza osobami z branży, rzecz oczywista. Nawet w filmach i serialach na sali operacyjnej są operatorzy, instrumentariuszki i anestezjolog (najczęściej, bo bywa, że i on zostaje pominięty), a pielęgniarki anestezjologicznej nie ma. Tak więc dziś rozwieję wątpliwości – tam gdzie anestezjolog, obok stoi pielęgniarka. Kiedyś ktoś znajomy nie mógł zrozumieć, o co chodzi z tą moją specjalnością.

Tłumaczyłam i tłumaczyłam, a na koniec, kiedy już wyczerpałam temat, usłyszałam – aaaa… czyli jesteś taki półanestezjolog, tak? Taki półlekarz? 😉

Wyjaśnijmy to definitywnie – nie ma półlekarzy i półpielęgniarek. Lekarz to lekarz, a pielęgniarka to pielęgniarka. Anestezjolog to lekarz, który specjalizuje się w anestezjologii i intensywnej terapii, podobnie jak może w każdej innej wybranej przez siebie specjalizacji. Pielęgniarka anestezjologiczna to pielęgniarka, która wybrała sobie dziedzinę, w której będzie się specjalizować – pielęgniarstwo anestezjologiczne i intensywną opiekę. Kiedyś wpadło mi w ręce ogłoszenie: zatrudnię opiekuna medycznego, podpielęgniarkę. W medycynie ma czegoś takiego jak półzawód czy podzawód.

Nasze dyżury to zazwyczaj ciąg najróżniejszych interwencji.

Chodzimy na położnictwo i ginekologię, znieczulać pacjentki do cięć cesarskich i porodów, a w międzyczasie znieczulamy pacjentki do krótkich zabiegów ginekologicznych. Pracę w anestezji zaczęłam stosunkowo niedawno, bo 5 lat temu. Na samym początku bardzo stresowała mnie perspektywa cięć na jodynę. To takie cięcie na szybko, bardzo szybko, kiedy zagrożone jest życie mamy lub dziecka albo czasem obojga. Presja czasu jest ogromna, ale już do tego przywykłam po kilku latach pracy. Wyznaję zasadę, że jeśli się czegoś obawiam, staram się tak długo to przepracowywać, aby przestało robić na mnie jakiekolwiek wrażenie.

Zespół interwencyjny znieczula pacjentów do drobnych zabiegów typu kardiowersja, nastawienie barku oraz do badań – tutaj szczególnie maluszki do badania TK lub do punkcji lędźwiowej (rzadko, ale się zdarza).

Od popołudnia do rana gościmy też na bloku operacyjnym, ponieważ operacje planowe są do 15.30, a później nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, a są sytuacje, kiedy z operacją czekać nie można, więc najcześciej chodzimy znieczulać pacjentów do operacji usunięcia wyrostka robaczkowego, pęcherzyka żółciowego, kraniotomii, do usunięcia śledziony po urazie, pilnych operacji ortopedycznych, niedrożności przewodu pokarmowego i długo by wymieniać, więc wypisałam tylko te najczęstsze, żeby Was nie zanudzić i zrezygnowałam z fachowych nazw, co by niemedyczny Kowalski wiedział, o co chodzi, jeśli jakimś dziwnym trafem zainteresuje go charakterystyka pracy zespołu interwencyjnego w szpitalu.

Reasumując, wszystkie zabiegi w trybie natychmiastowym i pilnym w tych godzinach, to nasza działka.

Gościmy też na chirurgii i nefrologii, jeśli jest potrzeba założenia wkłucia centralnego lub dializacyjnego.

Bywa, że tych interwencji jest bez liku –  jedna za drugą. Kiedy myślę, że to już koniec, znów rozdzwania się telefon. Są takie dni, kiedy nie mam czasu zjeść i napić się wody.

Czasem zupełnie na odwrót – jest ich mało, więc w wolnych chwilach robię to, co szalone pielęgniarki lubią najbardziej, czyli wyjmuję spod lady krajzegę i w towarzystwie głośnego wrrrrr tnę kawałki gazy i ligniny na jeszcze mniejsze kawałki gazy i ligniny.

Co robi pielęgniarka anestezjologiczna tzw. interwencyjna

Kiedy idziemy na blok operacyjny, pierwszą osobą, którą widzi pacjent, jestem zazwyczaj ja. Przeprowadzam krótki wywiad, w czasie którego pytam o imię i nazwisko pacjenta, żeby potwierdzić jego tożsamość. Następnie pytam, co pysznego było jedzone i o której godzinie. Oczywiście najlepsza odpowiedź to NIC nie jadłem, nic nie piłem i więcej grzechów nie pamiętam, ale wiadomo, że życie pisze różne scenariusze. Nie mogę zapomnieć o dopytaniu o ewentualne alergie i wyjmowane zęby, protezy, aparaty słuchowe. Już nie pytam, czy ząbki własne, bo te wyjmowane przecież nie są niczyje i mogłoby dojść do dużego nieporozumienia w tej kwestii.

Zabieram pacjenta dalej, otwierając przed nim tajne wrota i tam już czeka budzący grozę stół operacyjny, ale nasz od jakiegoś czasu ma grzejącą matę, więc wydaje się nieco bardziej sympatyczniejszy niż kiedyś. Pacjent dostaje ode mnie trzy ordery i zabieram się za okablowanie, a w tym czasie przejmuje go anestezjolog, aby zebrać bardziej szczegółowe informacje.

Leki zazwyczaj mam już nabrane, aparat przygotowany, sprzęt do intubacji w gotowości, ale jeśli nie zdążyłam, ostatnie sprawy domykam teraz. Sprawdzam, czy działa wkłucie dożylne. My lubimy duże i zielone, więc jeśli takiego nie ma, zakładam.

Jak tylko usłyszę hasło, podaję kolejno leki pacjentowi, natomiast lekarzowi laryngoskop i rurkę, a on wtedy intubuje i to jest niezmienne. Później osłuchuję, czy rurka nie jest za głęboko i zabezpieczam ją przed wysunięciem, a anestezjolog w tym czasie wentyluje pacjenta i zmienia ustawienia aparatu do znieczulenia na te optymalne dla pacjenta. W trakcie zabiegu leki podaje ta osoba, która akurat ma wolne ręce albo po prostu akurat stoi przy stoliku  z lekami, choć powiedzmy, że częściej ja. Kiedy przyjmujemy pacjenta na blok, jedna osoba założy mankiet do pomiaru ciśnienia, inna podepnie kable.

Dzięki takiej współpracy wszystko trwa krócej. To takie przykładowe, drobne, wydawać by się mogło, że nieistotne gesty, które sprawiają, że praca upływa w atmosferze wzajemnej życzliwości i współpracy. Mimo że każdy ma w naszym dwuosobowym zespole swoje zadania, to bardzo często nakładają się one na siebie. W wielu sytuacjach jest to praca na cztery ręce.

W trakcie zabiegu cały czas trzeba być czujnym. Choć nieraz wydaję się być zajęta, choćby wypełnianiem dokumentacji (karta pielęgniarki anestezjologicznej na stanowisku znieczulenia), cały czas spoglądam na monitor i słucham miarowego pik, pik.

To przykład zwyczajnego, nudnego zabiegu, w trakcie którego nic się nie dzieje. Zdarzają się jednak takie, kiedy trzeba zrobić dużo więcej – np. założyć sondę żołądkową albo sprawdzić i podłączyć krew, założyć wkłucie centralne. To ostatnie robi anestezjolog, a ja mu asystuję. Zazwyczaj mam wszystko ułożone w głowie tak, abyśmy mogli porozumieć się bez słów, co jest szczególnie przydatne w covidowych czasach, ponieważ w przyłbicach naprawdę kiepsko słychać, co mówi druga osoba.

Po zabiegu dzwonimy na oddział, do którego trafi pacjent i w śluzie bloku przekazujemy go tamtejszemu personelowi.

W trakcie dyżuru jesteśmy wzywani do reanimacji. W szpitalnej codzienności nagłe zatrzymanie krążenia występuje bardzo często. Kiedyś w ciągu 12 godzin byłam na 4 reanimacjach, a mój szpital jest przecież nieduży i dodatkowo na peryferiach. W tzw. molochach musi być tych reanimacji bardzo dużo (tak, tak, wiem że powinnam napisać resuscytacja, ale staram się pisać potocznie, bo nawet w pracy nikt nie krzyczy – ej, resuscytacja krążeniowo – oddechowa na 2 piętrze, tylko że reanimacja). Sprzętu ze sobą nie bierzemy, ponieważ każdy oddział wyposażony jest w wózek reanimacyjny, więc nie ma potrzeby, aby dźwigać. Walizka R zarezerwowana jest do NZK gdzieś w windzie, w korytarzu, przy sklepiku czyli w miejscu, w którym nie moglibyśmy liczyć na sprzęt. Noszę ze sobą jedynie nierozłączny zestaw leków – propofol i lek zwiotczający, stosowany do szybkiej intubacji, ponieważ tych dwóch leków zazwyczaj nie ma na oddziałach. W trakcie resuscytacji zabezpieczamy drogi oddechowe czyli anestezjolog intubuje, a ja mu w tym asystuję, szykując, podając sprzęt, osłuchując. Jeśli pacjent wymaga, a zazwyczaj wymaga przewiezienia na Intensywną Terapię, jedziemy razem, uprzednio organizując respirator i sprzęt monitorujący.

Napisałam tak ogólnie, jak wygląda praca pielęgniarki anestezjologicznej w zespole interwencyjnym. Ten wpis i tak jest już baaardzo długi.

Zespół to zespół czyli o pracy w duecie

Jak można zauważyć, wszędzie piszę gościMY, znieczulaMY, chodziMY, pracujeMY. Zawsze, gdy myślę o swojej pracy, robię to w kontekście zespołu – stąd też tyle tych MY, ponieważ czuję się jego częścią. W wielu miejscach pielęgniarki czują się niedocenione i pominięte. Czytałam o tym wielokrotnie, słyszałam i widziałam. Wydaje mi się, że pod tym względem w anestezji jest trochę inaczej. Może to za sprawą tego, że jest wspólny cel i co ważne, ten cel jest namacalny – tu i teraz czyli dobro pacjenta aktualnie znajdującego się na stole operacyjnym i to na tej jednej osobie koncentrują się wszystkie działania. To konkretne działania, które mają szybki skutek – przykładowo: znieczulenie do operacji, zabezpieczenie dróg oddechowych albo założenie wkłucia centralnego. Trochę jak w reklamie starej sieci komórkowej: idea – łączy ludzi, z tym że od idei do efektu końcowego nie mija czasem 60 sekund.

Pielęgniarki anestezjologiczne pracują także na Intensywnej Terapii

Czasem mam dyżur na OIT. Wtedy nie chodzę na interwencje. Mam dwóch pacjentów, z którymi jestem przez całe długie  12 godzin. Tutaj specyfika pracy jest zupełnie inna, więc zostawiam to na “może kiedyś?”.

Kilka lat temu miałam dość duży kryzys zawodowy – rozważałam wtedy całkowite przebranżowienie, ale dałam sobie jeszcze jedną szansę. Praca w anestezji była dla mnie czymś kompletnie nowym. Okazało się, że ją uwielbiam i nie mogłam trafić lepiej. Oczywiście, jak każdy mam czasem gorszy dzień, kiedy czuję się zmęczona, przytłoczona i ogólnie zniechęcona, ale generalnie lubię swoją pracę. Jestem typem włóczykija, więc w to mi graj, kiedy jestem tą biegającą. Pojawiam się, to tu, to tam. Tak do końca nigdy nie wiem, co będę robić i w jakiej kolejności, więc to zawsze jakieś urozmaicenie szpitalnej rutyny. Jak widać, czasami warto zdać się na los i na to, co podpowiada serce, prawda?

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *