Powrót do dzieciństwa, czyli Dzieci z Bullerbyn Astrid Lindgren: Moja córka oszalała na punkcie tej książki

Żółta okładka i dość mocno sfatygowane strony o charakterystycznym zapachu starych opowieści. Tak wyglądał mój biblioteczny egzemplarz Dzieci z Bullerbyn. Założę się, że większość z Was miała podobny. Minęło przeszło 20 lat, odkąd po raz pierwszy zapoznałam się z twórczością Astrid Lindgren, a jednocześnie jakby zaledwie chwila. Trudno uwierzyć, że opowieść o szóstce przyjaciół z małej, szwedzkiej wioski, została spisana aż kilkadziesiąt lat temu, wiele lat przed moim i Twoim urodzeniem, a wciąż jest na tyle uniwersalna, że dzieci na całym świecie nieustannie odkrywają na nowo jej magię.

Kiedy zobaczyłam to zielone, opasłe, ilustrowane wydanie od Naszej Księgarni, nie mogłam oprzeć się pokusie. No dobra, opierałam się… przez całe pół roku. Tłumaczyłam sobie, że kupiłabym je bardziej dla siebie, bo moje dziecko jest jeszcze za małe na tak grube tomiszcza. Przez kilka miesięcy żyłam w błędzie, ponieważ Kaja pokochała przygody mieszkańców Bullerbyn, a ja bez reszty zatopiłam się w sielskim klimacie, wciągającym już od pierwszego rozdziału.

Książki z dzieciństwa mają to do siebie, że zazwyczaj wspominamy je dosyć ciepło. Tak też mam z książką Astrid Lindgren. Umościła sobie specjalne miejsce w moim czytelniczym sercu i uważam, że warto przeczytać ją chociaż raz w życiu.

W Bullerbyn są tylko trzy zagrody, a w każdej z nich mieszkają dzieci, raptem sześcioro: Lasse, Bosse, Lisa, Ole, oraz Britta i Anna. Akcja rozpoczyna się trochę przed końcem roku szkolnego. Mieszkańcy wioski mają zawsze ciekawe pomysły, zabawy i praktycznie nigdy się nie nudzą. Żeby nie było tak kolorowo, dzieci mają też obowiązki związane z życiem na wsi. Razem z nimi poznajemy Bullerbyn o każdej porze roku.

Dowiadujemy się, że kiedyś nie było tak kolorowo, bo aby uczyć się w szkole, trzeba było pokonywać wiele kilometrów piechotą – przez lasy, śnieg, w deszczu, a oprócz nauki, każde dziecko pomagało w gospodarstwie, pieliło grządki, opiekowało się zwierzętami. Dziś dzieci obowiązków mają niewiele i nierzadko się nudzą. W Bullerbyn na pewno nie byłoby ku temu okazji. Jednak wesoła gromadka ze Szwecji nie skarży się na swój los. Wręcz przeciwnie. Pomoc rodzicom sprawia im wiele radości i inspiruje do zabaw, które być może nie są wymyślne, ale współcześnie trochę już zapomniane, a może nawet trudne do realizacji dla kogoś, kto mieszka w mieście, bo trzeba przyznać, że dzieci w Bullerbyn latały ździebko w samopas. Wracały po ciemku polami ze szkoły, pływały łódką po jeziorze, sprzedawały owoce gdzieś przy drodze. Nie wiem jak wy, ale przygody dzieci z B. od zawsze jawiły mi się jako fascynująca przygoda. Życie na wsi, którego nie znałam, milion pomysłów na zabawy, niesamowicie zgrana paczka przyjaciół, swoboda – kto dziś pozwoliłby dziecku spać w stogu siana lub iść do szkoły pieszo kilka kilometrów przez las, i to jeszcze po ciemku. Myślę, że właśnie to pokochałam w tej książce. Było tam wszystko to, czego nie miałam na co dzień. W Bullerbyn nigdy nie było nudno. Ani 20 lat temu, ani teraz. Kiedy byłam mała, zazdrościłam im tej swobody i beztroski. Było to coś, czego nie znałam, ponieważ urodziłam się i wychowałam w Warszawie. Nie miałam rodziny na wsi, niestety. Kiedy ktoś z rówieśników mówił, że jedzie na wakacje do babci i dziadka na wieś, przed oczami stawało mi właśnie takie Bullerbyn.

Razem z książkowymi dziećmi szykujemy się do Świąt, poznając przy okazji stare zwyczaje z innego kraju. Kolorujemy z nimi pisanki, robimy pierniczki. Rozdziały są krótkie i jest ich niewyobrażalnie dużo, a jednak po przeczytaniu stwierdziłyśmy z Kają zgodnie, że i tak za mało. Są takie książki, po przeczytaniu których trudno znaleźć sobie miejsce, bo to jakby ktoś nagle wyrzucił Cię siłą ze świata, w którym było Ci naprawdę dobrze. Zostaje smutek, że to koniec i nawet jeśli drugi raz wrócisz do tej samej książki, nie będzie tak, jak za pierwszym razem.

Dzieci z Bullerbyn Astrid Lindgren na równi z Karolcią Marii Kruger zapoczątkowały u nas w domu czytanie obszernych książek. Wcześniej celowałam raczej w te “na jeden raz”. Myślę, że w dużej mierze to właśnie ta książka sprawiła, że moje dziecko zakochało się w czytaniu. Owszem, już od maleńkości każdego dnia pochłaniałyśmy jakąś krótką lekturę, ale miałam wrażenie, że chodziło w tym bardziej o słuchanie mojego głosu, przytulanie. To był czas tylko dla nas. Bez tego nie usnęła. W tej materii nic się nie zmieniło, ale teraz dodatkowo prosi mnie o poczytanie w dzień. Widzę, jak wciąga się w przygody bohaterów, zadaje wiele pytań. Jeśli ktoś zastanawia się, co czytać dziecku w wieku 6 lat, warto spróbować z  Astrid Lindgren. Wiem, że jedni ją kochają, inni nienawidzą. Dla mnie to książka z dzieciństwa , którą czytałam córce z wielkim sentymentem. Pierwszego dnia, nie mogła się oderwać: mamo, jeszcze jeden rozdział, jeszcze jeden, plis. No cóż, czytałam jeszcze jeden, a później okazało się, że przeczytałam ich 6 czy 7, a do tego straciłam poczucie czasu, bo zegar wskazywał na 23:30.

 

Udostępnij